Pokazywanie postów oznaczonych etykietą one-shot. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą one-shot. Pokaż wszystkie posty

24 wrz 2017

Konwalia Majowa



Witajcie,

Blog jest jeszcze w rozsypce i poszczególne linki są w budowie, ale stwierdziłam, że nie ma sensu dłużej zwlekać. Zanim zaczniecie czytać miniaturę, pragnę o niej powiedzieć kilka słów. Po pierwsze, i najważniejsze, miała ona powstać na potrzeby konkursu zorganizowanego na Dramione PL, jednak nie udało mi się dostarczyć jej na czas,przez zwykłe lenistwo, ot co. Autorką zestawu jest Wanilijowa, kochana bardzo Ci dziękuję za pozwolenie wstawienia jej. Słowa kluczowe to: konwalia majowa oraz letni deszcz, a także obrazek zamieszczony poniżej. Po drugie, tekst ten jest dla mnie bardzo ważny, bo jest on wstawiony po bardzo długim czasie nieobecności tutaj, i mówiąc szczerze, stresuję się niezmiernie. Postawiłam tutaj na prostotę i lekkość. Mam nadzieję, że mi się to udało. Zapraszam do czytania i komentowania.

Całusy i do spisania,
Snovi




Tytuł: Konwalia Majowa
Autor: Snovi
Fandom: Harry Potter
Pairing: Draco/Hermione [Draco/Hermiona, Draco Malfoy/Hermiona Granger, Dramione]
Ostrzeżenia: Brak
Status: Miniatura
Beta: Katja (kochana i niezastąpiona ♥)


~~

„Któregoś dnia obudzisz się o jedenastej trzydzieści w niedzielę obok miłości swojego życia, zrobisz kawę, naleśniki i wszystko będzie dobrze.” – H.G.

– Co za bzdury! – parsknął Malfoy, odkładając czytaną przez siebie gazetę na stolik. Kolejny dzień zaczął od tego samego. Biuro, kawa i gazeta. I nadal twierdził, iż idiotą był ten, kto zgodził się na anonimowy kącik poetycki w Proroku Codziennym. Mimo że minął zaledwie rok, od czasu Wielkiej Bitwy, nic nie pozostało takim samym, jakim było przed laty. Śmierciożercy zostali zamknięci w Azkabanie, Hogwart oficjalnie odbudowano, nowym ministrem magii stał się szanowany powszechnie Kingsley Shacklebolt. Zapanował spokój. I nawet on – wielki Draco Malfoy, syn śmierciożercy – nie siał już takiego postrachu jak wcześniej. Ludzie zaczęli go akceptować, miejscami nawet szanować.  I to za sprawą jednego wstawiennictwa, jednego nazwiska – Granger – na rozprawie przed Wizengamotem.

Minęło dokładnie trzysta sześćdziesiąt pięć dni, odkąd czarodzieje wygrali z czarną magią i samym Voldemortem. I to dziś odbywał się bal – zwycięzców i poległych, życia i śmierci.  Na magicznym kalendarzu podskakiwała, oznaczona na czerwono, data 2 maja 1999 rok. To był zarazem najsmutniejszy, jak i najszczęśliwszy dzień w życiu każdego czarodzieja – nieważne czy młodego, czy starszego.  Dziś przejdzie do historii wojna, a w szkołach, i nie tylko tam, będą tego uczyć i wspominać z dumą i chlubą, wymieszaną z nutą melancholii. A zło? Zło ma zakaz na pojawianie się w świecie czarodziejów. Na wieki. Na zawsze.
~~

Czarna sukienka okalała jej drobne ciało.  Owa kreacja miała delikatny dekolt w serce.  Do linii bioder była przylegająca, a później puszczona luźno, z wycięciem na jedną nogę. Na szyi kobiety wisiał naszyjnik z pereł, a jej włosy uplecione były w misternego koka, z którego wypadało kilka pasm. Ponownie, zupełnie nieświadomie, skradnie serca wielu mężczyzn. Zupełnie jak wtedy – na balu w czwartej klasie.
~~

Spojrzał w lustro. Jak zwykle przywitał go cyniczny uśmiech na bladej twarzy. Platynowe włosy pozostawione były w nieładzie, a na jego ciele prezentowała się idealnie skrojona szata wyjściowa. Na palcu zaś błyszczał, srebrem i szmaragdem, sygnet rodowy z literą M. Wybitnie. Czysta perfekcja. Zdecydowanie był gotowy. Ale na co? Co przygotowało dla niego życie?

~~

Hogwart tego wieczoru był piękniejszy niż zwykle. Wokół jego murów latały zaczarowane lampiony, dając tajemniczą poświatę. Dzikie pnącza, wymieszane z białymi różami, o które zadbali Neville wraz z profesor Sprout, zdobiły teraz wszystkie wieże: od astronomicznej aż po zachodnią. Dziedziniec udekorowany został przeróżnymi kwiatami, a do głównych wrót wchodziło się po czarnym dywanie, który, jak cała reszta, oświetlony pozostawał magicznym świecami.  Przed wejściem kręcili się już reporterzy. Hermiona Granger właśnie teleportowała się w wyznaczone do tego miejsce, tuż obok zamku, i stanęła przed dywanem, przełykając ze zdenerwowania ślinę. Nigdy nie lubiła być w centrum uwagi. Ścisnęła mocniej torebkę, sprawdziła, czy szal na ramionach leżał dobrze, i zrobiła krok w przód, tym samym zwracając na siebie uwagę fotografów. Od razu błysnęły flesze, przez co zachwiała się, zupełnie zaskoczona. Ktoś delikatnie pchnął ją do przodu i gdy odzyskała równowagę, ochraniając się tym samym przed widowiskowym wywróceniem się, nieco pewniej postawiła kolejny krok i kolejny, by w końcu zniknąć za drzwiami Hogwartu, gdzie te wstrętne hieny wejścia nie miały – a przynajmniej żywiła taką nadzieję. Dopiero gdy wrota zatrzasnęły się z hukiem, obróciła się w kierunku wybawcy i… zamarła.

– Dziękuję, Malfoy – odparła miękko i zaraz zniknęła z pola widzenia młodego arystokraty.

Na jego ustach malował się uśmiech.
~~

O ile Hogwart prezentował się z zewnątrz pięknie, o tyle w środku był on zupełnie nie do poznania. W jednej chwili Hermiona zrozumiała, dlaczego remont zamku przeciągnął się aż do niespełna roku. Zarówno ściany, jak i podłoga pozostały takie same jak przedtem, jednak na korytarzach zrobiło się przytulniej. Gdzieniegdzie porozstawiane były kwiaty, obrazy rozświetlone zostały przymocowanymi do nich świecami, a kremowe, niebrudzące się materiały zastąpiły ciemne obskurne dywany. W niektórych rogach stały miękkie pufy w kolorach domów,  które swym wyglądem wprost zachęcały do siedzenia na nich przez godziny, a nad nimi, na murach, przymocowane były gramofony, które, za pomocą krótkiego zaklęcia, zmieniały piosenkę w zależności od widzimisię czarodzieja, oczywiście, muzyka dotyczyła tylko magicznego świata. Kto by pomyślał, że zajdą tu takie zmiany? – przeszło jej przez myśl.

            Gdy weszła do Wielkiej Sali, zakryła usta dłonią. Czy była to oznaka szoku? Zdecydowanie. Ceglane, niegdyś rudawe ściany były teraz białe, podłoga zaś została zrobiona z szarego kamienia. Sufit imitował ciemne, gwieździste niebo, a witraże w wielkich oknach miały godła poszczególnych domów. Tam, gdzie swego czasu stał stół nauczycielski, teraz rozstawiony został długi na szerokość sali bar, którego już obsługiwali barmani. Po lewej stronie całego pomieszczenia była niewielka scena, przed którą ciągnął się sporych rozmiarów parkiet. Stoliki natomiast, przyozdobione fantazyjnie, rozstawione zostały po najróżniejszych kątach sali.

– Hermiona Granger, patrzcie, to Hermiona Granger! – zawołał podekscytowany głos, na co parsknęła śmiechem.

– Harry Potter, wybraniec, jejku! Mogę prosić o autograf?! – zironizowała wypowiedź przyjaciela i zaraz utonęła w jego niedźwiedzim uścisku.

Czy to nie było piękne? Fakt, że miała go przy swoim boku, w każdym momencie życia? Przeszli razem przez piekło. Wojna ich nie oszczędziła, a i czas pozostawił na ich ciałach swój znak.  Mieli już po dwadzieścia lat, nie po jedenaście, i nadal wytrwale wspierali się – niczym rodzeństwo.

– Gdzie masz Ginny? – Hermiona rozejrzała się po sali w poszukiwaniu wspomnianej kobiety.

– Z Ronem i jego towarzyszką.

Hermiona spięła się lekko na dźwięk tego imienia. Nie miała z nim kontaktu przez ostatni rok, gdy zostawił ją pośród ruin i ot tak zniknął, racząc ją z marnymi słowami: „Jesteś zbyt szczęśliwą częścią mojego życia, byś teraz mogła w nim istnieć. Przykro mi, Hermiono” Z początku kompletnie nie wierzyła w to, co powiedział. A potem zaczęła zdawać sobie sprawę z tego, że odtrącił ją, bo nie potrafił powiedzieć jej w twarz, że przeżywa żałobę. A ona nie przeżywała? Nie cierpiała z powodu utraty tylu przyjaciół? Tylu bliskich jej osób? Razem mieli szanse to przetrwać, osobno… Znów pokiwała głową, chcąc wyzbyć się niepotrzebnych obrazów w jej głowie, i zerknęła na Harry’ego, tym samym pogrążając się z nim w rozmowie i czekając na przemówienie samej dyrektorki, Minerwy McGonagall.

~~

– Zebraliśmy się w dzisiejszym dniu dokładnie rok po Wielkiej Bitwie – rozbrzmiał głos kobiety, stojącej na piedestale do jej krtani przyłożona była różdżka. – Nie będę mówić wiele, bo słowa nigdy w pełni nie oddadzą tego, jak wdzięczne jest każde z nas za to, że świat w którym żyjemy, dziś może cieszyć się wolnością. Niemniej jednak, wśród nas powinny być teraz osoby również poległe. Nasi bracia i siostry. Wspaniali czarodzieje, ludzie i przyjaciele. Nie ma ich tu z nami, już nigdy nie ujrzymy ich roześmianych twarzy, nie usłyszymy o ich przygodach, ale mogłam zrobić jedno, wykorzystując moją obecną posadę i … – zawiesiła na moment swój głos, oglądając zapłakane twarze i ponownie zaczęła mówić – jako nowa dyrektorka postanowiłam uczcić ich pamięć w sposób najpiękniejszy, jaki tylko przyszedł mi do głowy. – Na sali panowała cisza, której nie śmiał zaburzyć nikt. – W Londynie otworzone zostanie wkrótce muzuem imienia Albusa Persiwala Wulfryka Briana Dumbledore’a i tam też pozostawione są zdjęcia zmarłych, wszelkie wspomnienia, jakie mury tego zamku, i nie tylko, pamiętają za czasu ich życia, za czasów wojny... Wspomniany obiekt będzie miał swoje miejsce w magicznej części Londynu, tuż nad Muzeum Quidditcha.

Na sali rozległy się gromkie brawa, na które Minerva zareagowała skinieniem głowy. W jej oczach, tak jak w tęczówkach zebranych, błyszczały łzy. Albus był jej najlepszym przyjacielem. Severus mimo bycia największą konkurencją pozostawał oddanym druhem. Nie każdy jednak to dostrzegał. Jej polegli uczniowie… Tęskniła za każdym z osobna. Uniosła dłoń, gestem chcąc uciszyć tłum.

– Niemniej jednak nie tylko o tym chciałam mówić.  – Zaczęła znów swym spokojnym tonem, w którym to dało się słyszeć wzruszenie. – Przez niemal rok trójka bardzo odważnych czarodziei narażała swoje życie, abyśmy dziś mogli tu stać. Po wojnie. Po pokonaniu Voldemorta i jego poddanych. Szczęśliwi, choć pełni rozpaczy. Wciąż w żałobie.  Podziękowania należą się trójce oddanych sobie przyjaciół, których to przyjaźń zaczęła się wraz z historią z trollem w łazience…

Hermiona załkała cicho, zakrywając usta dłonią.  Ostrożnie, by nie zwrócić na siebie jeszcze większej uwagi, wycofała się do wyjścia, a potem jej kroki automatycznie skierowały się na błonia. Magiczne lampiony i tu oświetlały nawet najciemniejsze zakamarki. Ścieżka nad jezioro została oznaczona białym kamieniami. Stanęła u jej szczytu, ściągnęła ze stóp buty na obcasach i  zbiegła po niej, czując, jak łzy powoli zamazując widoczność. Nie potrafiła opanować szlochu, który zawładnął jej ciałem. Ona wcale nie chciała być bohaterką, wcale nie chciała, by wszystkie te osoby zmarły, ona była przecież szlamą, nie powinna nawet tu być, a teraz, po tym wszystkim... Ludzie, przez tyle cierpienia, przez przelaną krew i śmierć niewinnych osób, uważają ją za kogoś wspaniałego. Dopiero teraz zdali sobie sprawę, że może mugole wcale nie są tacy źli.  Nie radziła sobie z ciężarem, jaki spadł na nią po tym wszystkim. Upadła na piasek, niecałe dwa metry od wody. Oparła się o pień drzewa, buty rzucając gdzieś w bok, i schowała twarz w dłoniach, drżąc z emocji.

Usłyszała kroki. Z początku wydawały jej się dalekie, a później coraz to bliższe i bliższe. Nadgarstkiem wytarła spływające po jej policzkach łzy i jednym ruchem różdżki poprawiła swój makijaż, nie chcąc narażać się na pośmiewisko, gdyby okazało się, że był to kolejny namolny fotograf.

– Granger? – usłyszała cichy głos, który z reguły przesiąknięty był ironią. Właśnie… Z reguły.

– Malfoy… Czego chcesz? – spytała gorzko, unosząc podbródek w jego stronę.

– Pogadać?

Zaskoczona parsknęła śmiechem, a potem poklepała miejsce obok siebie. Dlaczego to zrobiła!? Zabrała dłoń z zimnego piachu i objęła swe ramiona, głowę opierając o zgięte kolana. Po tym wszystkim, przez co razem przeszli, chyba zasługiwali na rozmowę.

– Przyszedłeś się ze mnie ponabijać, Malfoy?

– Zmieniłem się, Granger – warknął, zaraz dodając: – jeżeli musisz już wiedzieć. I nie, nie przyszedłem się ponabijać. Nie mogę słuchać tego, jakimi wspaniałym bohaterami jesteście – zironizował i, ku jej zdziwieniu, usiadł obok.

Zadrżała. To przez zimno? Czy jego obecność?

– Każdy poniósł straty, Granger – kontynuował, a ona zaintrygowana zerknęła w jego stronę. – No nie patrz tak na mnie. Nawet osoby z tej drugiej, czarnej strony, straciły kogoś bliskiego. Was traktują jak bohaterów, mnie ignorują, nie potrafiąc nawet zadać pytania: „Jak to było Malfoy? Dlaczego byłeś po złej stronie?”. Ludzie są pazerni na dobro, Granger. Skreślają ludzi, nie znając ich historii. Powiedz mi, jak się czujesz. Taka  szl… – Hermiona spięła się, zaciskając dłonie w pięści – taki czarodziej jak ty, pochodzący z mugolskiej rodziny, który nagle jest dostrzegany jako coś wspaniałego. A wcześniej byliście skreślani jak leci. W tej chwili Ministerstwo zastanawia się nad ujawnieniem magii na całym świecie.

Zaniemówiła.

– Malfoy… Dobrze się czujesz? – zerknęła na niego z powątpieniem. – Mówisz do twojego odwiecznego wroga.

– Granger. – Odwrócił się w jej stronę, patrząc na nią takim spojrzeniem, że ciężko było jej odwrócić wzrok. – Uratowałaś mi życie przed Wizengamotem, dzięki twoim zeznaniom nie siedzę teraz w Azkabanie. Myślisz, że mogę ci po tym wszystkim, tak po prostu, ubliżać? Będę ci dłużny do końca życia. Malfoyowie zawsze spłacają swoje długi – mówił to, będąc tak śmiertelnie poważnym, że aż ciężko było zwątpić w jego słowa.

Chciała coś powiedzieć. Cokolwiek. Byleby miało to ręce i nogi.

– Nie musisz spłacać swojego długu. Po prostu obiecaj mi, że już nigdy nie nazwiesz nikogo szlamą.

Spojrzał na nią zaskoczony, ale skinął głową.

– Zgoda.

Zerknęła na niego, tym razem uśmiechając się lekko – ale szczerze. On zrobił to samo, a potem przybliżył się do niej. Wciągnęła powietrze, jego twarz była tak blisko, jak jeszcze nigdy. Zadrżała. A potem on odsunął się od niej, zostawiając między ich ramionami niewielką odległość. W dłoni trzymał kwiat.

– Majowa konwalia? – spytała zaskoczona.

Przytaknął.

– Symbolizuje delikatność i nieśmiałość – wytłumaczył jej, a następnie wpiął ją w kok brunetki. – Pasuje do ciebie idealnie.

Uśmiechnęła się. Czyżby pierwsze mosty zostały spalone?

~~

Poruszyli prawdopodobnie wszystko i wszystkich, gdy weszli do Wielkiej Sali razem – ramię w  ramię, uśmiechnięci. W ich stronę, niemalże od razu, podleciało stado zaczarowanych aparatów. Hermiona nie wiedziała co zrobić, ale on ułatwił jej sprawę. Po prostu objął jej talię,  uśmiechnął się i czekał. A gdy fleszom dobiegło końca, zaprowadził ją na środek sali – i zatańczyli. Szepty zazdrości szerzyły się po sali aż do samego świtu. Gdzieś w tłumie dało się słyszeć dźwięk tłuczonego szkła.

~~

Od czasu balu nie potrafił wyzbyć się zapachu konwalii. Konwalii majowej.

~~

Nie wybaczyła mu od razu.  To, że rozmawiali, nadal o niczym nie świadczyło. I nawet fakt, że dostała kazanie od Harry’ego, że cały świat teraz modyfikował ich zdjęcia i szeptał o ich potajemnym romansie, nie sprawił, że patrzyła krzywo na nowy początek ich znajomości. Tamtej nocy nad jeziorem coś się zmieniło.

~~

Był koniec sierpnia. Od balu minęły trzy miesiące i, jak do tej pory, nie rozmawiali ze sobą. Nawet nie skomentowali publicznie tej całej sprawy ze zdjęciami z balu, w sumie to nie mieli nawet o czym rozmawiać. To było tylko zwykłe pojednanie.  Początek znajomości bez wrogości.
Pokątna chyba nigdy nie była tak pełna ludzi, jak tego dnia. Od czasu wojny sklepy ponownie odżyły, handel się wzmógł, ludzie przestali się bać wychodzić na zewnątrz…
 Przechadzała się właśnie ulicą, sprawdzając na liście, co jeszcze powinna kupić na ostatni rok do szkoły. Skoro dostała szansę na skończenie Hogwartu, to byłaby głupia, odmawiając. I tak oto miała już kupione podręczniki, kociołki, składniki. Na liście zostały jej nowa szata, suknia balowa i zwierzę. Krzywołap…  – pomyślała smutno.

– Gragner! – usłyszała z sobą wołanie. Przystanęła i obróciła się w kierunku głosu, uśmiechając się przy tym lekko.  – A więc znów się spotykamy!

– To prawda – przytaknęła, przyciskając torebkę do klatki piersiowej. W dłoni miał taką samą kartkę jak ona, a więc on też? – Nie sądziłam, że wrócisz do Hogwartu. Harry i Ron zrezygnowali z propozycji zaliczenia ostatniego roku. 

– Och, Granger, Granger. Byłemu śmierciożercy nie przysługuje praca za uratowanie świata, wiesz? – stwierdził ironicznie.

– No tak. To ma sens – przytaknęła i uśmiechnęła się lekko.

– Masz ochotę… Zrobić zakupy razem? – zasugerował.

Przytaknęła. Bo co miała do stracenia?

            Z reguły zakupy z Harrym i Ronem wyglądały tak, że oni szli do sklepu z akcesoriami do Quiddticha, a ona załatwiała resztę. Cóż. Z Malfoyem były one czymś zupełnie innym. Najpierw pomógł jej wybrać sukienkę na bal – nie krzywiąc się przy tym ani razu – potem poszli po nowe szaty. Rozmawiali i śmiali się, niemal jak starzy dobrzy kumple, więc gdy na liście Malfoya zostało tylko odwiedzenie Księgarni Esy i Floresy, a u niej kupno zwierzaka, mężczyzna wpadł na pomysł.

           – Słuchaj… Muszę jeszcze skoczyć do Grinogtta, a zamykają za kwadrans. Mogłabyś załatwić mi te książki? Spotkalibyśmy się pod Centrum Handlowym Eeylopa za dwadzieścia minut?

            – Jasne.

            Skolekcjonowanie książek zajęło jej więcej czasu, niż się spodziewała. Okazało się, że „Eliksiry dla Zaawansowanych Tom VII”, zostały już wyprzedane i kasjerka musiała ściągnąć nowe. Kocham magię – pomyślała Hermiona, wychodząc z torbą pełną woluminów w dłoni.  Była tak zamyślona, że nie zauważyła, jak zza zakrętu wychodzi mężczyzna. Pisnęła przerażona, wpadając w jego objęcia.

            – Oj, Granger. Aż tak na mnie lecisz?

            – Malfoy – zaśmiała się – na ciebie zawsze!

            Spojrzał na nią rozbawiony.

            – A tak serio, to spóźniłaś się dziesięć minut. To niepodobne do takiej pani porządnickiej jak ty – wytknął jej.

            – A chciałeś mieć wszystkie książki?

            –  No tak. Tym razem wygrałaś – westchnął poirytowany.

            Zerknęła na niego. W dłoni miał małe pudełko z  dziurkami, z którego dobiegały ciche piski. Malfoy odesłał siatkę z książkami, którą trzymała w dłoni, i wręczył jej kartonik, uchylając wieczko. Jej oczom ukazała się biała, włochata kulka o szarych oczach, która, widząc ją, miauknęła żałośnie – jakby żaląc się na mężczyznę.

            – To kot – stwierdziła mało inteligentnie.

        – Dziesięć punktów dla Gryffindoru! – klasnął w dłonie Malfoy, uśmiechając się przy tym cynicznie.

            Poczuła, jak na jej policzek spada pierwsza kropla deszczu.

            – Malfoy, dlaczego kupiłeś mi kota?

            I kolejna. Kap, kap, kap.  Cholerny letni deszcz.

        – To dziewczynka. Pomyślałem, że może nazwałabyś ją Konwalia? – zasugerował i pogłaskał palcem wskazującym łepek zwierzęcia.

            – Konwalia?

            Skinął głową, uśmiechając się lekko.  Powtórzyła jego gest.  Konwalia – pomyślała. 

            – Dlaczego?

            – Przepraszam Granger…  – Cichy szept przedarł się przez deszcz.

– Za co? – Serce zabiło jej mocniej.

– Za wszystko, co ci zrobiłem, co  powiedziałem, a nawet pomyślałem. Za każdą szlamę, za każdą twoją łzę.

– Malfoy…  – Uśmiechnęła się lekko, zamykając pudełko z kotem. Stuknęła w nie różdżką, odsyłając kota bezpiecznie do domu.  – Nie wiem, czy mogę…

– Hermiono – wyszeptał, podchodząc bliżej o krok.

Był już cały mokry od letniego deszczu. Ludzie w popłochu uciekali, chowali się w lokalach i sklepach. A oni stali na środku Pokątnej, patrząc sobie w oczy. Zrobić to czy nie? Zrobić? Nie zrobić? Zrobić? Nachylił się nad jej twarzą.

– Wybacz mi – powtórzył, niemalże błagalnie. Jego szare tęczówki napotkały jej, czekoladowe.  – Hermiono...

– Nie muszę. – Pokiwała głową. – Już dawno to zrobiłam. – Przygryzła swą dolną wargę.

Uśmiechnął się. Ona też to zrobiła. Chwyciła jego dłoń, prawie że drżąc z emocji.

– Już nie jesteś ze wszystkim sam…  – Uśmiechnęła się lekko. – Draco…

~~

             To śmieszne, jak czas i zwykła rozmowa potrafią zmienić człowieka.  Nikt nie rozumiał, dlaczego mu wybaczyła, czemu  się z nim spotykała i śmiała.  Chwile spędzone z nim w Hogwarcie nauczyły ją bowiem, że każdy człowiek może się zmienić.  A miłość, jaką nią obdarował, była niepowtarzalna. I wszyscy mogli to zobaczyć, gdy wyszli z namiotu weselnego, na letni deszcz… Ona z bukiecikiem konwalii majowych w dłoni, odziana w białą ślubną suknię, a on w czarnym garniturze, z tym samym kwiatkiem w kieszonce i śnieżnym kotem pod pachą... I tańczyli tak w trójkę wśród kropel deszczu, ku niezadowoleniu zwierzaka, wywołując tym samym radość gości, a  chwilę później ich okrzyki zadowolenia, gdy usta nowożeńców złączyły się w lekkim pocałunku, wieńcząc ich pierwszy taniec.

~~


„Któregoś niedzielnego dnia, faktycznie, obudziłem się o jedenastej trzydzieści, tuż obok miłości mojego życia. Zrobiłem kawę, naleśniki i cholera… Wszystko jest i wiem, że będzie dobrze.” – D.M.





Dedykuję tę miniaturę mojej odwiecznej fance, Dajana, wiem, że to czytasz. Dziękuję. 



17 lut 2016

„Obłąkane Uczucia”



Tytuł: Obłąkane Uczucia
Autor: Snovi
Fandom: Harry Potter
Pairing: Sontrix [Bellatrix/OC, Bellatrix Black/Sonia Lestrange]
Ostrzeżenia: występują sceny zabarwione erotyką, +18. 
Status: One-shot
Dodatkowe informacje od autorki: Miniatura ta powstała na potrzeby akcji "Miniatury na zamówienie" na Stowarzyszeniu Księcia Półkrwi i napisana została dla Blandy. Osobiście uważam, że zrobiłam wszystko co mogłam. Co do samego tekstu... Nigdy nie czytałam Sontrix, nie znam Sonii (pozdrawiam serdecznie!) i dość ciężko mi było zacząć. W ogóle, odnaleźć się w tym wszystkim. Jednak, gdy już wpadłam w tok pisania, trudno mi było skończyć. Na potrzeby opowiadania musiałam pozmieniać kilka faktów i trochę namieszać, więc od razu ostrzegam, że brak tu spójności z kanonem.
Data publikacji na SKP: 13.11.2015, link do SKP




Była delikatna niczym płatek róży, łagodna jak podmuch wiatru w upalny, wakacyjny poranek. Każdy jej ruch wykonywany był płynnie, z tajemniczością i gracją. Coś niespotykanego było w jej wyglądzie, w sposobie, w którym mówiła. W sumie we wszystkim, co robiła. Sonia Lestrange – kobieta idealna.

Bellatrix Black – już samo nazwisko świadczyło o jej sposobie bycia. Zimna jak lód, o bladej cerze i ostrej urodzie. Gwałtowna i nieprzewidywalna, do tego szybka. Nie posiadała delikatności. Przeciwnie – rządziła nią wrodzona surowość, a niektórzy mówili o niej „obłąkana”.

Obie były tak bardzo inne, a jednak… Przyświecał im jeden cel, którego nie były do końca świadome. Przypadkowe zrządzenie losu sprawiło, że nie mogły o sobie zapomnieć.

~~

Rok 1969, wrzesień


Mury Hogwartu w tym semestrze przyjęły ogromną ilość uczniów pod swoją opiekę. Już po pierwszym miesiącu, dało się zauważyć, jak zmęczeni chodzili profesorowie od nawału testów, które musieli sprawdzać. Był piątek wieczór, czas odpoczynku dla wszystkich. Sonia właśnie przemierzała jeden z korytarzy, gdy ktoś wpadł na nią z impetem, skutkiem czego upadła na kamienną podłogę.

– Patrz jak łazisz – warknął niezbyt miły, kobiecy głos.

– To ty na mnie wpadłaś!

Brązowe tęczówki spotkały się z czarnymi. Oddech na chwilę zatrzymał się w jej piersi. Zamrugała kilkakrotnie, rozchylając swe wargi w zdumieniu.

– Bellatrix – wyszeptała, szybko podnosząc się z zimnej posadzki.

– Sonia – skinęła głową, rzucając jej podejrzliwe spojrzenie.

Każda z nich poszła w swoją stronę, jednak nie potrafiły zapomnieć o tym krótkim prądzie, który przeszedł ich ciała podczas zderzenia.

~~


Rok 1970, maj

Po tym co się stało, zaczęły zauważać się na korytarzach. Początkowo Black jedynie burczała coś tam pod nosem, nawet na nią nie patrząc, jednak z biegiem czasu, przywitania stały się milsze, spojrzenia łagodniejsze, chwile rozmów dłuższe…

To popołudnie było piękne. Wczesna wiosna kusiła swymi pąkami, pierwsze promienie słoneczne już ogrzewały stęsknione za ciepłem ciała, a trawa robiła się soczyście zielona. I jak tu nie skorzystać z pogody?

– Witaj Bello! – przywitała się blondynka, siadając przy niej pod wierzbą na błoniach.

– Sonia – przytaknęła kobieta, nie patrząc w jej stronę.

– Niedługo cię tu nie będzie.

– To prawda. Kończę Hogwart.

– Dziwnie tu będzie bez ciebie – odparła, zaraz zatykając usta dłonią. Naprawdę to powiedziała?

– Dziwnie? – powtórzyła po niej kobieta w lokach, patrząc na towarzyszkę z zainteresowaniem.

– Pusto – wyjaśniła młodsza, rumieniąc się.

„Komuś będzie beze mnie pusto?” – pomyślała zaskoczona brunetka. „Ktoś będzie za mną tęsknił?”

– To… - wahała się chwilę – miłe.

Sonia zarumieniła lekko, zagryzając dolną wargę.

– Pójdę już.

Cichy szelest przeciął powietrze, blondynka wstała i otrzepała swą szatę.

– Czekaj, zostań – nakazała Bellatrix.

Te słowa niespodziewanie zatrzymały młodszą kobietę. Chciała jej towarzystwa? Dlaczego? Nieśmiało, ponownie, przysiadła obok niej, tym razem nieco bliżej, prawie się z nią stykając. To był rozkaz, ale w jej ustach… Zabrzmiał jak prośba. Jak mogła odmówić?

~~

Rok 1970

Zakończenie szkoły przyszło nagle. Z wiosny, zrobiło się lato i pod koniec czerwca, każdy wracał zapchanym pociągiem do domu. Wbrew wszystkim myślom, Bellatrix szczyciła się swymi wynikami. Może nie była kujonem, a jej oceny wahały się między okropnymi, a nędznymi, ale OWTMy zdała dosłownie śpiewająco. „Nic mi po tym” ­– prychnęła pod nosem. No bo przecież, zgodnie z jej rodzinną tradycją, ona ma siedzieć w domu, podczas gdy jej przyszły mąż – Rudolf Lestragne, brat Sonii – miał zarabiać na jej życie. Nie planowała ślubu prędko, jednak kto wie, czego spodziewają się po niej, jej rodzice.

Szła przez korytarz w pociągu, szukając wolnego przedziału, gdy nagle dostrzegła Sonię, siedzącą w zwykłej sukni, bez mundurka, ze swoim kotem na kolanach. Nigdy wcześniej nie widziała jej bez szaty szkolnej, a teraz... Ubrana tak normalnie... Wydawała jej się piękniejsza niż zwykle.

– Mogę się dosiąść? – spytała i nie czekając na zgodę, zamknęła drzwi, zasuwając zasłonki i usiadła obok kobiety.

– Już to zrobiłaś – zauważyła, marszcząc nos.

Została obdarowana kpiącym uśmieszkiem.

– Masz wyjść, za mojego brata, prawda? – kontynuowała.

– Skąd wiesz? – spytała, swym surowym tonem brunetka.

– Nie jestem głupia, Bello – swymi dłońmi przeczesała futro kota, który mruknął i zwinął się w ciaśniejszy kłębek. – Też należę do tej rodziny, pamiętasz?

Ciche prychnięcie ze strony starszej kobiety sprawiło, że uśmiechnęła się lekko. Oczywiście, w surowym języku towarzyszki, oznaczało to rozbawienie. Jednak mimo tej sytuacji, myśl, że weźmie ślub z jej bratem… Nie dawała jej spokoju.

– Nie chcę za niego wychodzić.

Jedno zdanie, pięć słów, dwadzieścia trzy litery. Szept. Niedowierzanie. Skrucha. Drżący głos. I to piekące uczucie, gdzieś w głębi serca. Nadzieja? Czy ona tego dnia dała jej nadzieję? Chyba tak, a może jednak nie? Musi zachować zimną krew.

– Bello? Co Ty mówisz? – spytała szeptem, odruchowo sięgając, do jej zimnej ręki.

Ciało brunetki przeszedł prąd. Zwróciła swą twarz w stronę towarzyszki i nie zdradzając szoku, delikatnie ścisnęła jej dłoń. Czyżby panna Black posiadała jakieś uczucia? Choćby ich krztę? Dopiero teraz zdołała zauważyć, że w sumie nie przeszkadza jej towarzystwo kobiety, że nie burczy na nią, jak na innych i nawet rozmawia z nią otwarcie. Była… Przyjaciółką? Po jednym zderzeniu na korytarzu, po kilku wymienionych rozmowach? Czy Sonia faktycznie mogła być dla niej kimś bliskim?

Ale… Sposób w jaki zagryzała dolną wargę tak bardzo ją rozpraszał. Gdy zakładała niesforne kosmyki za ucho, sama pragnęła to zrobić za nią, a jak na jej policzki wkradały się rumieńce, to nieświadomie chciała, by były wywołane przez nią samą. Jak to się stało? Dlaczego jej serce zaczęło tak szybko bić? Czemu nagle przysunęła się blisko Sonii, zabierając jej całe powietrze? Zamrugała zdziwiona. Zerknęła w brązowe oczy… I przepadła. Iskrzyły tajemniczym blaskiem, tonęła w ich głębi i cholera jasna. Bellatrix Black raz w życiu, nie chciała zostać uratowana.

To był impuls, krótka chwila. A może jednak trwała ona dłużej, niż mogłoby się wydawać z początku? Pewnie, choć łagodnie, brązowowłosa przycisnęła usta, do warg kobiety. Smakowały truskawkami i odrobiną mięty. Patrząc w jej tęczówki, uderzył w nią szok, który z sekundy na sekundę malał, a który stopniowo zastępowała delikatność. W końcu zamknęła powieki. Poczuła, jak kobieta nieśmiało wplata dłonie w jej loki, jak przyciąga ją bliżej, a pocałunek, o zgrozo, staje się namiętniejszy. Serce jej biło jak oszalałe, ręce chwyciły za talię dziewczyny i jednym ruchem, pociągnęły na swe kolana, drobne ciało Sonii, zmiatając z jej kolan kota. Gorąco oblało jej ciało. Czy to było w ogóle realne? Czy aby przypadkiem nie śniła? Dłońmi zjechała z talii, na pośladki dziewczyny i zacisnęła na nich pewniej swoje palce. Do jej uszu dobiegł cichy jęk. Swym językiem lubieżnie pieściła jej podniebienie, czując, jak gorący żar rozlewa się w jej wnętrzu, jak dłonie kobiety, tak cholernie przyjemnie, ciągną ją za loki. Przygryzła dolną wargę Sonii.

– Bello – usłyszała zachrypnięty od podniecenia głos. – Nie możemy…

~~

Rok 1973, lipiec

Czasem wracała do tego namiętnego pocałunku w pociągu. Do tego, jak drobne dłonie kobiety ciągnęły ją za włosy, jak palcami jeździła po jej ciele, zapamiętując każdy milimetr. A smak ust Sonii, dosłownie, śnił jej się po nocach. To, co zrobiły było zakazane. Gdyby ktoś je wtedy przyłapał… Miłość dwóch kobiet była surowo zabroniona w czysto krwistych rodzinach. Od tamtej pory minęły trzy lata, a ona widziała ją tylko raz… Ten jeden jedyny raz w Lestrange Manor, na wigilię ponad pół roku temu… Wtedy też Rudolf poprosił ją o rękę, a ona dumnie, choć z bolącym sercem, odparła „tak” – zarówno jemu, jak i Czarnemu Panu, składając mu obietnicę, że będzie mu służyć do końca swoich dni. Przyjęła mroczny znak.

~~

Rok 1973, październik

Tom Marvolo Riddle zaczął rosnąć w siłę. Na świat czarodziejów spadły ciężkie czasy, czasy mroku. Zakon wytrwale walczył ze złem, lecz jego siły słabły. Nikt nie był bezpieczny. Nawet JEGO słudzy.

Bellatrix stopniowo popadała w paranoję, nie wiedząc, co dzieje się z Sonią. Nie miała z nią kontaktu, Rudolf niczego jej nie mówił, dodatkowo, ich ślub został przełożony o rok… A ona tak bardzo chciała ją zobaczyć, znaczy się… Wyjść za niego. „Kogo Ty oszukujesz Bello” – warknęła na siebie w myślach. – „Kochasz ją, cholera jasna. Kochasz po tym jednym pocałunku i nie potrafisz o niej zapomnieć. To nie Rudolfa, lecz jej, pragniesz” ­­– dosłownie krzyczała na siebie w myślach. Jej serce zostało w przedziale pociągu, w czerwcu 1970 roku.

Kobiecy krzyk rozdarł ciszę panującą w posiadłości.

~~

Rok 1973, październik

Tak długo się ukrywała, tak bardzo nie chciała być śmierciożerczynią. Wiedziała co się święci, gdy tej wigilii Bella przyjęła mroczny znak, wraz z Rudolfem. I na nią miał przyjść czas, tak jak na rodziców. Ale ona uciekła, nie mówiąc nic nikomu. Dość długo pracowała w gospodach, sprzątając czy podając kremowe piwo, jednak nigdzie nie zostawała dłużej niż miesiąc. To zapewniało jej anonimowość i ukrycie. Jednak tego felernego dnia, musiała natknąć się na swego brata… Zaufała mu, a on ją zdradził.

– Nie chcę służyć Czarnemu Panu! – krzyczała, czując jak po policzkach płyną jej łzy.

– Zamknij się Sonia!

– Rudolf, błagam. Zostaw mnie, daj mi uciec. Nie pozwól im…. – jąkała się w swoich wypowiedziach, leżąc na zimnych kafelkach posiadłości.

– Crucio! – wycelował w nią różdżką, obserwując z chorą pasją w oczach, jak wije się na podłodze, płacząc i błagając wręcz, o litość.

Kobiecy krzyk rozdzierał ciszę panującą w posiadłości.

~~

– Rudolf, co Ty tam do cholery wyprawiasz? – mruczała pod nosem Bella, schodząc po krętych schodach w dół. - Na Merlina, przysięgam, że jak znów zakrwawisz mi dom to nie wiem co Ci zrobię...

Dlaczego ten krzyk wydał jej się tak znany? Czemu cała trzęsła się ze strachu? Co było nie tak?

Sonia…

~~

Rok 1973, listopad.

Nie mogła sobie wybaczyć tego, co zastała na holu. Jak sobie o tym przypomniała, zbierało jej się na wymioty. Widok zmasakrowanego ciała Sonii i znęcającego się nad nią Rudolfa był najgorszą torturą, jaką dane jej było przeżyć. A potem było jeszcze gorzej… Pamiętała wszystko, tak dokładnie…

„– Rudolf, zostaw ją! To Twoja siostra! – krzyknęła, ciskając w niego Impedimento[1]. Pomogła wstać kobiecie, podtrzymując ją pod ramię. Zerknęła na nią szybko, kryjąc cały strach i czułość, jaka w niej panowała. – Po co ją tu przyprowadzałeś, przecież wiesz co z nią zrobią!

– Właśnie dlatego to zrobiłem, nie rozumiesz? Czarny Pan będzie z nas dumny, Bello. Ostatnia z rodu Lestrange zostanie jego sługą.

Serce jej zamarło. A więc tego właśnie chciał? Wiecznej chwały w JEGO oczach? Chciała ją stamtąd zabrać, pomóc jej uciec, ale było za późno.

– No, no, no… – usłyszała za sobą głos. – Moja kochana Bellatrix, przyprowadziła mi Sonię Lestrange. Kto by się po Tobie spodziewał takich czynów… Pozytywnie mnie zaskoczyłaś.

Nie dbając o szczegóły, Lord podszedł do Sonii. A ona… Wiedziała, że przegrała. Puściła Bellę i drżąc, podniosła lewy rękaw. Wystawiła przedramię.

– Czy przykażesz mi być na zawsze wierną, Soniu Lestrange?

– Tak, Panie.

– Czy przyrzekasz stać u mego boku, bronić mnie i służyć mi, do końca swojego życia?

– Tak, Panie.

– Czy przyrzekasz wypełniać każdą mą prośbę, żądanie i rozkaz?

– Tak, Panie.

Iskry wydobyły się z różdżki Toma Marvolo Riddle’a. A z ust Sonii padł przeraźliwy krzyk.

Bolało, to tak bardzo bolało…

~~

Rok 1974, luty.

Zaczęły ze sobą rozmawiać. Bellatrix miała za zadanie wyszkolić ją, wciągnąć w szeregi, zapoznać z ludźmi. Nigdy nie mówiły o tym pocałunku, nigdy nie pozwoliły sobie na bliskość. Sonia pogodziła się ze swym losem, a Czarny Pan traktował ją wyjątkowo ulgowo. Nie wiedziała, co się za tym kryje. Wkrótce jednak, miała się o tym przekonać.

– O czym myślisz? – usłyszała za sobą.

Właśnie siedziała w swoim pokoju na posłaniu, studiując „Ciemną Księgę Zakazanych Zaklęć”[2]. Nie było to pomieszczenie, jakieś szczególnie ładne. Zielone ściany, czarne podwójne skrzypiące łóżko, spróchniałe meble i wieczny zapach stęchlizny – tak właśnie wyglądał.

– Bella, a ty co tu robisz?

– Pytałam, o czym myślisz? – Weszła głębiej do pokoju i zamknęła za sobą drzwi.

– Czytałam – odparła, odkładając książkę na bok.

– Za pół godziny masz się stawić u Lorda.

– U Lorda? – powtórzyła, nie kryjąc strachu. Przy niej nie musiała.

– Tak. Będzie miał dla Ciebie zadanie.

Jak to się stało, że nagle znalazła się tak blisko? Dlaczego przysiadła obok niej? Nie potrafiła się skupić. Dobrze, że miała opanowaną oklumencję, przynajmniej mogła w spokoju, otwarcie i głośno myśleć, wiedząc, że nikt nie przebije barier jej umysłu. A teraz… Wiedziała, że Bella nie musi wtargnąć do jej głowy, by wyczytać to, co czuje.

– Sonia, wiesz… Ja... – Pierwszy raz widziała ją w takim stanie, co chciała powiedzieć? - Wychodzę za Rudolfa w przyszły weekend.

– Przecież wiem – odparła z goryczą. „Musisz mi o tym przypominać?’ – pomyślała ze smutkiem.

– Ale ja nie mogę… Bo kocham kogoś innego.

– Kogoś innego? – powtórzyła, nie do końca rozumiejąc.

– Kocham Ciebie.

Bella, nie czekając na jakąkolwiek reakcję, przycisnęła usta do jej ust, niemalże kładąc się na drobnym ciele Sonii. Ona zaś automatycznie wplotła dłonie w bujne loki i pociągnęła za nie lekko, oddając z czułością pocałunek. Czuła, jak Bella wodzi dłońmi po jej ciele, jak stanowczo i mocno, zaciska dłoń na jej piersi, a potem podwija sukienkę i łagodnie przejeżdża palcem po koronkowym materiale jej majtek.

– Och Bello – jęknęła cicho blondynka, gryząc dolną wargę kochanki.

To tylko zachęciło brunetkę, do dalszej wędrówki. Namiętnie scałowała jej wargi, dłonią teraz gładząc jej udo. Sonia przeszła pocałunkami na jej szyję, ucałowała linię jej żuchwy. Rękę zacisnęła na pośladku panny Black i jęknęła znów, nieco głośniej, czując jak sprawnym ruchem, Bellatrix, muska jej łono.

– Ja Ciebie też kocham – nie mogła czekać, musiała to powiedzieć. Sonia Lastrange w końcu zmierzyła się z prawdą.

– Kochasz mnie? – zastygła na moment, patrząc w zaszyte mgłą oczy blondynki.

– Kocham – szepnęła. – Kocham Cię, kocham, kocham.

To była magiczna chwila. Moment, w którym czas zwolnił i nic innego się nie liczyło. Tylko one dwie, namiętny pocałunek i miłość, którą uprawiały. Szybkie ruchy palców Belli, pieszczące jej wnętrze. Sprawny język Sonii, błądzący po łonie kochanki. Paliła ich desperacka potrzeba dotknięcia się, zasmakowania, zaspokojenia swoich potrzeb… Usilnie udowadniały sobie tęsknotę, jaka ogarnęła ich ciało, od ostatniego pocałunku na King’s Cross.

~~

Sonia szybkim krokiem przemierzała korytarze posiadłości. Jej ciało było jeszcze rozgrzane od ostatnich igraszek z kochanką, ale jej wygląd prezentował się nienagannie. Lord nie miał prawa nabrać podejrzeń. Zapukała do drzwi gabinetu, a one uchylił się za sprawą magii.

– Wzywałeś mnie, Panie?

Nie mogła powiedzieć, że był brzydki. Był przystojnym mężczyzną, który po prostu zatracił się w gniewie i w żądzy zapanowania nad światem.

– Zostaniesz moją żoną, w przyszły weekend staniemy na ślubny kobiercu wraz z Bellatrix i Rudolfem.

– Ja…

– Wyjdź – rozkazał, nawet na nią nie patrząc.

~~

Sonia nie mogła pogodzić się z tym, co się stało. W jeden dzień, wszystkie jej rzeczy zostały przeniesione do komnat Lorda. Jej serce krwawiło, gdy mówiła o tym Belli, gdy składała na jej ustach gorące pocałunki, szepcząc, że nie tak to miało wyglądać, że pragnie, być jej panną młodą, nie Czarnego Pana, że to jej i tylko jej chce być wierna do końca życia. Nie mogły uciec, nie mogły zrobić nic.

~~

13 maj 1974 rok

Bellatrix i Rudolf Lestrange oraz Sonia i Tom Riddle, zostali powiązani małżeńskimi zaklęciami i przysięgami. To był smutny ślub, bo dwa kobiece serca… Były złamane, ich połówki należały do siebie nawzajem. To sobie chciały przysiąc miłość, do końca życia. Nie im.

~~

Wiedziały, że popełniają zbrodnię, że grzeszą i obrażają Merlina. Nie mogły jednak przestać. Lata mijały, a one nie przestawały się kochać. Ich miłość była wieczna, wykrzykiwały to sobie w ekstazie, pieszcząc się wzajemnie na schadzkach w różnych zakątkach posiadłości. Do czasu, aż nie zostały nakryte…
~~

W czerwcu, roku 1980 Bellatrix Lestrange patrzyła na śmierć swej ukochanej. Sonia Lastrange-Riddle miała ciężki koniec. Od każdego śmierciożercy dostała Crucio, była bita i poniżana, a Czarny Pan zgwałcił ją na oczach Belli.

– Zabij ją – rozkazał, ubierając swe szaty. – Zabij tą swoją plugawą kochankę, Lestragne!

Brunetka, drżącymi dłońmi chwyciła różdżkę i wycelowała nią w Sonię. Nie patrzyła na jej zmasakrowane ciało, tylko w jej brązowe tęczówki, które dały jej lepsze życie.

– Kocham Cię – usłyszała cichy, zbolały szept.

– Avada Kedavra!



[1] Impedimento - „zaklęcie, które chwilowo spowalnia ofiarę, co daje nieznaczną przewagę nad przeciwnikiem.”

[2] „ Czarna Księga Zaklęć Zakazany” - wymyślona przeze mnie książka.